środa, 7 stycznia 2026

Nie ma to jak księżycem być

        Chciała mieć niebieski dom. Najlepiej gdzieś na księżycu, gdzie słychać byłoby nokturny Chopina.
Chciała mieć ciszę księżycową, gdzie gwiezdne drogi zaglądałyby w okna.
A od środka pachniałoby sercem i wanilią.

Ona na fotelu bujanym,
na kolanach kot,
i pies u stóp,
a ptaki i ptaszydła rozbrzmiewają
łamiąc księżycową ciszę ciepłymi nutami.

No i co?

Ma więcej niż chciała...
Ma więcej kolorów niż chciała, 
więcej muzyki niż chciała.
Ma, 
bo przecież tyle rzeczy można mieć gdy samemu jest się księżycem...
Zostawiła trochę korzeni ziemskich w swoim ogródku.
 
Jest bogata dobrami z nie tego świata.

Kolorowy świat "Księżycówki"(nie mylić z %)





 

poniedziałek, 17 listopada 2025

TAKA HISTORIA... ;)

 Żukowa Mama podjęła "messengerski" kontakt z Żukiem Mateuszem, który to Żuk powinien był być już w Anglii. Ma opiekować się tam przez tydzień "psem pracującym" oraz kotem syjamskim należącym do  Żuka Jarka & Justyny.
 J & J lecą bowiem do Lisbony na ważną konferencję.

Nastąpił emocjonujący dialog:
- Hej, hej, jak tam podróże małe i duże? - pyta Żukowa Mama
- Jest OK, czekam właśnie na lotnisku na Jarka i Justynę. Tu będzie wymiana, ja pojadę prosto do ich domu, a oni lecą dalej. - odpowiada Żuk Mateusz
    Tu, Żukowej Mamie zapaliło się czerwone światełko... Jak to [wymiana]...       Wejdzie Żuk M. sam do domu, gdzie waruje duży, czarny "pies pracujący"?...
- OK - powiedziała ostrożnie - Ale zaraz, zaraz, to zwierzaki nie napadną cię, nie zagryzą, nie zadrapią, jak wejdziesz sam do domu? Ciekawostka przyrodnicza, jak to jest urządzone...
- Normalnie. - Żuk M. wyjaśnia - Jarek przywozi ze sobą taką zbroję metalową i szczekającą pałkę. Ta pałka ma łebek psa, który szczeka. - w jego słowach nie było cienia uśmiechu, czysta powaga...
Natychmiast uruchomiła się wyobraźnia Żukowej Mamy:

nowe ubranko Mateusza

    Po dwugodzinnej pauzie w kontakcie, nastąpiła kontynuacja sprawozdania z podróży:
- Ubrałem się w zbroję przed domem, uchyliłem drzwi i włożyłem szczekającą pałę. Później wszedłem po trochu do domu. Pies odbił się od zbroi. Kot uciekł (nie było miałczącej pałki). Ale tak naprawdę - ciągnął Żuk - pomogło bardzo to, że zbroja wcześniej została spryskana takimi perfumami czyli wyciągiem z Jarka.
     (tu Żukowa Mama skapitulowała... no bo, jak narysować wyciąg z Jarka?)
- Żuk natomiast ciągnął dalej: - Pies trochę się zdziwił gdy ściągnąłem przyłbicę, bo spodziewał się Jarka. Ale mnie przecież zna, więc mogłem spokojnie rozebrać się. Bo w tej zbroi trochę gorąco...

I teraz Żukowa Mama czeka cierpliwie na dalsze informacje. Czy Loki wyrwał już Żuczkowi rękę na spacerze? Czy Myszkin zadał rany drapane?...


piątek, 7 listopada 2025

BYCZY KSIĘŻYC

 Księżyc w znaku byka, to jest właśnie księżyc Żukowej Mamy. Robi takie wrażenie, że zostaje w pamięci długo przed i po swoim apogeum bliskości.

W wypadku Żukowej Mamy powstał obrazek.  
No musiał....
Powstał z przeznaczeniem do sypialni, by oczy otworzyć
i zobaczyć pastelową bajkę o bujaniu z księżycem.



Wtopiona w fotel bujany
Pleciony ze wspomnień
Uśmiechów
I marzeń
Kołyszę się
Bujam
Z księżycem

Przecież nie może być szczęśliwiej.

Odchylam głowę w tył
By zachłysnąć się ciemniejącym błękitem
Pochylam głowę
By w dół
Na ziemię
Patrzeć z przymrużeniem oka

          No przecież nie może być szczęśliwiej.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i był czas "zaduszkowy"... Jak nigdy, Żukowa Mama nie była smutna czy nawet
melancholijna na smutno. Jakoś tak dobrze jej było z portretami, zdjęciami i bandą świec różnej maści. [Ktoś jej kiedyś powiedział, że nie mógłby żyć ze zmarłymi...]. Wiadomo, różnie bywało, ale kochamy nadal.
I są zapiski Żukowej Mamy z rozmów nie tylko w snach. Choć w nocy ukochani zmarli są niezwykle aktywni...

Plątają się dusze różne po domu Żukowej Mamy. Ma z nimi wesoło. W snach robią akcje, których Żukowa Mama nie wymyśliłaby. Rozbudowuje je więc za dnia, by nie uciekł wątek.

  Bunia, bez aureoli, zatroskana o rozwój wypadków...
- To nie wypada - mówi i grozi palcem - jesteś stara i po co ci czerwono/niebieskie buty... Ogarnij się!

  Siostra przygląda się szeroko otwartymi oczami.
- Teraz widzę, że zawsze chciałaś tylko sobą być. W swoim tempie...(tu zamieściła na ustach ironiczny uśmieszek). Być akceptowana ze wszystkim co w sobie miałaś. A nikt tego nie dostrzegał. Miałyśmy pasować do obrazka w solidnych ramach. Teraz jesteś. Tak, widzę to...
- Siostra a ty? - pyta Żukowa Mama.
- Hm, ja całe życie buntowałam się przeciw tej ramie. I co? I nic. Przegrałam ambicje koncentrując się na buncie a nie na sobie. Ale wiesz co? "Olewam to ciepłym moczem"... Jest jak jest. Niczego nie żałuję!
- Pozwiedzałaś trochę - (Ż.M.),- pisałaś trochę, nie było źle... Masz coś kolorowego do prania? Włączam pralkę.
- No przecież widzisz, że moje skrzydła poszarzały... Jak będziesz białe prała to daj znać.
- A ja ci te skrzydła mogę pomalować... Piórko niebieskie, piórko żółte, piórko zielone....
- Uważaj, żebym ja ci nie przymalowała...

  Czasem pojawi się któryś mąż Żukowej Mamy, a nawet tato. Ale oni zawsze gdzieś w tle, nie prowokują do "poważnych rozmów".
Najczęściej Ż. M. to z siostrą rozmawia. Można z nią o wszystkim. Ostatnio była obrażona bo Ż.M. nie chciała napić się z nią "szarej na myszach"...
- Świętoszka - mówiła - zawsze mnie to u ciebie wk....ło.

Żukowa Mama uśmiecha się czule. Kocham was i wcale mi z wami nie smutno - mówi sama do siebie. - Odwiedzajcie mnie ile wlezie. Przynajmniej wiem, że istnieją jakieś zaświaty i jest szansa, że spotkamy się w małej knajpce "Pod chmurką", a w szklaneczkach będzie "cola z mięskiem"....

Taki to czas, że Żukowa Mama, więcej niż zwykle przebywa we wspomnieniach.
Ale są to momenty i momenciki. Nie grozi jej "zabujanie" całkowite w poświacie księżyca ;)

             









wtorek, 28 października 2025

JAK ŻUKOWA MAMA RADZI SOBIE Z JESIENNYM SPLINEM

 Normalnie. 
Remontuje.
Jakby nie było, zamieszkuje Żukowa Mama 4 lata w domku z Gródkiem.
No i rzeczy, które wydarzyły się w międzyczasie na w/w płaszczyźnie, albo znudziły się, przestały pasować lub nie sprawdziły się w praktyce.

Nowe pomysły czy nawet projekty powstały jeszcze latem, tuż po odmalowaniu "salonu". Reszta pomieszczeń zaczęła wyglądać blado, staro i niepraktycznie. 


Jak wynika z powyższego portretu, po punkcie O, przyszła kolej na sypialnię.
Żukowa Mama melduje, że przeszła punkt 1. oraz punkt 2. 
Kolej na punkt 3, ale teraz jest BARDZO DUŻA PAUZA.
Można więc coś napisać i nakryklać. Bowiem praca na kolanach wymaga solidnego przygotowania.

Żukowa Mama przypomina, że robi wszystko SAMA!
Wprawdzie bardzo powoli i ostrożnie, ale sama jest sama... I sama chciała...

W związku z tym przypomniało się jej wydarzenie z przed wielu lat, gdy 
Ż.M. była jeszcze zwykłą mamą.📩

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

REFLEKSJA Z PRZESZŁOŚCI ,(podczas pracy na kolanach).

Dawno, dawno temu, Dasia miała jednoosobową firmę, męża, dwoje bardzo nieletnich i zlecenia, które wykonywała w domu. Mąż 1-wszy, Rysiu, był organizatorem, "nagrywał" zlecenia i zwoził materiały do domu. Czyli Szef.

Trafiła się raz bardzo duża wymiarowo fucha. Jakieś 5 x 2, bilbord dla Huty Beldon.
Do współpracy zaprosiliśmy ówczesną ciółkę Elę.
Z dużego pokoju zostało wyniesione wszystko, oprócz wersalki, która stanęła pionowo w kącie. Na baczność. Albo na straży.
Rysiu sypiał wtedy na rozkładanym pufie w pokoju nielotów, a Dasia z Elą w małym pokoiku, pod rowerem i maszyną dziewiarską. T.z.n. na wielkiej maszynie dziewiarskiej zawieszony był rower, który normalnie mieszkał w przedpokoju. Lecz że sytuacja była nienormalna, to wiedzą państwo... 
Plansza była w dwóch kawałkach, ale po skonstruowaniu i wykonaniu całości nie chciała wyjść z sieni bloku... Wyszła przez piwnicę...


Nasz projekt składał się z zębatego tła i napisu dotyczącego Huty Beldon.
Nagle, podczas pracy nad tłem, Ela spasowała.
- Nie mogę, zęby (z tła) rzucają mi się do gardła...
    No więc co... trzeba iść na górkę. Na górce bowiem był sklep monopolowy.
Ela na taki spacer zabierała zazwyczaj Mateuszka i Lońkę (mały piesek, który miał brwi jak Leonid B.)
Zazwyczaj nabywany był "byczek" (Bycza Krew...), ale go tym razem nie było..
I tu odezwało się dasine dwuletnie dziecko:
- Ale ciocia, tam jest teatl!
   "Teatr" miał smak podobny do "byczka". Ten sam tembr... Ale jakie to było wino?... Było pomagające przetrwać kryzys... 

Te "zęby" były w proporcjach drobniejsze...

Nasz bilbord stał ładnych parę lat na trawniku dzielącym w środku drogę szybkiego ruchu Katowice - Sosnowiec.

W następnym odcinku powrócimy do remontów Żukowej Mamy. O ile znów autorce coś się nie przypomni/skojarzy....



sobota, 18 października 2025

POWRÓT ŻUKOWEJ MAMY


   Trochę zatęskniłam za pisaniem... (no i pogoniła mnie też Jo). Miałam jednak dylemat, czy zacząć całkiem na nowo, czy wrócić do Żukowej Mamy. Wyszło 
pół/na pół.... Chciałam "Mary czary" odgrodzić grubą krechą i pisać jako Żukowa Mama, ale tak pokręciłam z nową szatą, że szkoda gadać...

 Ostatnio rozsypałam się na kawałki próbując zrozumieć ten świat poza moim.
Próbując brać udział w nim,
Próbując uczestniczyć...
Nikomu nie wyszło to na dobre.
Tak więc ponosząc emocjonalną katastrofę stwierdziłam, że to wszystko nie ma sensu i zaczęłam koncentrować się na tym co, (być może), robię dobrze...
Bo co się porobiło, to już się nie odstanie.

Ale przy okazji moich robót ziemno/budowlanych,(i innych fanaberii), stwierdziłam, że w głowie opisuję to sobie w stylu Żukowej Mamy... I doszłam 
do wniosku, że Żukowa Mama to jest jakaś marka (?)...
Ale dość filozofowania. Do brzegu!

     PRZEDJESIENNE PORZĄDKI GRÓDKOWE

Żukowa Mama postanowiła wprowadzić choć troszkę systemu do dzikiego, wiejskiego ogródka w Gródku. Pewno jej się to nigdy nie uda mając w głowie artystyczny chaos. Ale próbuje.
Zaczęła od zainstalowania małej pergoli w przyszłym rozarium. Upięła co ma się tam piąć i postanowiła wykarczować agresywne gałęzie dzikiej jeżyny po prawej stronie. Nie było łatwo, bo trzeba wejść na wzgórze wspomnień, (w klapkach..).
Ilustracja:

Jak widać "upadła madonna" rąbnęła plecami w największy kamulec w zestawie.





Kiedy Ż. M. mogła już oddychać, próbowała skończyć zaczęty pogrom groźnych jeżyn. Lecz gdy stary płot znów zakołysał się, uruchomiła się wyobraźnia. Przedstawił jej się obrazek, jak wpada na kawę do sąsiadów... razem z płotem.

...i własną ulubioną filiżanką...
Po dwóch dniach plecy przestały boleć na tyle, by Żukowa Mama mogła 
się schylać. Zabrała się więc za lewą stronę pergoli, by posadzić nowe 
sadzonki róż.
Należało zacząć od wykopania/usunięcia "padłej" róży. 
Oto efekt:

Jak widać - upadek poprawiający poprzedni upadek...

Ale nowe róże wsadzone. I skończyło się sukcesem. Żukowa Mama wykonała kawałek założonego wcześniej planu.



P.S. Nad formą nowego bloga jeszcze pracuję. Ale jestem optymistką, 
czego i Wam serdecznie życzę.



Nie ma to jak księżycem być

        Chciała mieć niebieski dom. Najlepiej gdzieś na księżycu, gdzie słychać byłoby nokturny Chopina. Chciała mieć ciszę księżycową, gdzi...