Normalnie.
Remontuje.
Jakby nie było, zamieszkuje Żukowa Mama 4 lata w domku z Gródkiem.
No i rzeczy, które wydarzyły się w międzyczasie na w/w płaszczyźnie, albo znudziły się, przestały pasować lub nie sprawdziły się w praktyce.
Nowe pomysły czy nawet projekty powstały jeszcze latem, tuż po odmalowaniu "salonu". Reszta pomieszczeń zaczęła wyglądać blado, staro i niepraktycznie.
Jak wynika z powyższego portretu, po punkcie O, przyszła kolej na sypialnię.
Żukowa Mama melduje, że przeszła punkt 1. oraz punkt 2.
Kolej na punkt 3, ale teraz jest BARDZO DUŻA PAUZA.
Można więc coś napisać i nakryklać. Bowiem praca na kolanach wymaga solidnego przygotowania.
Żukowa Mama przypomina, że robi wszystko SAMA!
Wprawdzie bardzo powoli i ostrożnie, ale sama jest sama... I sama chciała...
W związku z tym przypomniało się jej wydarzenie z przed wielu lat, gdy
Ż.M. była jeszcze zwykłą mamą.📩
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
REFLEKSJA Z PRZESZŁOŚCI ,(podczas pracy na kolanach).
Dawno, dawno temu, Dasia miała jednoosobową firmę, męża, dwoje bardzo nieletnich i zlecenia, które wykonywała w domu. Mąż 1-wszy, Rysiu, był organizatorem, "nagrywał" zlecenia i zwoził materiały do domu. Czyli Szef.
Trafiła się raz bardzo duża wymiarowo fucha. Jakieś 5 x 2, bilbord dla Huty Beldon.
Do współpracy zaprosiliśmy ówczesną ciółkę Elę.
Z dużego pokoju zostało wyniesione wszystko, oprócz wersalki, która stanęła pionowo w kącie. Na baczność. Albo na straży.
Rysiu sypiał wtedy na rozkładanym pufie w pokoju nielotów, a Dasia z Elą w małym pokoiku, pod rowerem i maszyną dziewiarską. T.z.n. na wielkiej maszynie dziewiarskiej zawieszony był rower, który normalnie mieszkał w przedpokoju. Lecz że sytuacja była nienormalna, to wiedzą państwo...
Plansza była w dwóch kawałkach, ale po skonstruowaniu i wykonaniu całości nie chciała wyjść z sieni bloku... Wyszła przez piwnicę...
Nasz projekt składał się z zębatego tła i napisu dotyczącego Huty Beldon.Nagle, podczas pracy nad tłem, Ela spasowała.
- Nie mogę, zęby (z tła) rzucają mi się do gardła...
No więc co... trzeba iść na górkę. Na górce bowiem był sklep monopolowy.
Ela na taki spacer zabierała zazwyczaj Mateuszka i Lońkę (mały piesek, który miał brwi jak Leonid B.)
Zazwyczaj nabywany był "byczek" (Bycza Krew...), ale go tym razem nie było..
I tu odezwało się dasine dwuletnie dziecko:
- Ale ciocia, tam jest teatl!
"Teatr" miał smak podobny do "byczka". Ten sam tembr... Ale jakie to było wino?... Było pomagające przetrwać kryzys...
 |
| Te "zęby" były w proporcjach drobniejsze... |
Nasz bilbord stał ładnych parę lat na trawniku dzielącym w środku drogę szybkiego ruchu Katowice - Sosnowiec.
W następnym odcinku powrócimy do remontów Żukowej Mamy. O ile znów autorce coś się nie przypomni/skojarzy....